Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż oka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż oka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Art of Volume - tusz od Lambre



Witajcie



Marka Lambre jest już wielu z Was dobrze znana, a przynajmniej rozpoznawalna. I bardzo mnie to cieszy, bowiem sama z wielką przyjemnością poznaję i opisuję te kosmetyki, które – musicie przyznać, przyciągają wzrok i stanowią piękną ozdobę każdej toaletki czy kosmetyczki.



Kosmetyki Lambre wyglądają luksusowo, a ja mam zawsze ten sam problem. Nie potrafię oprzeć się pięknu opakowań. Co więcej, opakowania mają złote akcenty, a jak już wielokrotnie podkreślałam – jestem „złotą dziewczyną”, i na ten defekt też nic nie poradzę. Wiem jedno – opakowania Lambre mnie urzekły, skusiły i podobają mi się ogromnie. A to dopiero początek.

Miałam przyjemność przedstawić Wam już jeden z markowych zapachów Lambre – pod nazwą Intrique (RECENZJA) dzisiaj chciałam powiedzieć kilka słów o tuszu do rzęs Art of Volume Lambre



Jak wiadomo, tusz do rzęs jest tak trudny do zrecenzowania, jak perfumy, z tego prostego powodu, że jest to kosmetyk niezwykle indywidualny i ogromnie trudno, nawet słuchając rad koleżanek, zachwycać się tak samo lub być równie zadowolonym. Dlatego niemal każda z nas ma swój ulubiony tusz, albo go poszukuje, a zazwyczaj jest to inna marka :)

Tusz Art of Volume Lambre jest prześlicznym dziełem sztuki. Buteleczka – złota, z wcięciem, przepięknie odbijająca światło ma pojemność 7 ml. Po wyjęciu ze złotego pudełeczka można się zachwycać, a ja to uwielbiam. Musicie przyznać – jest naprawdę ładna, elegancka i kobieca. Po odkręceniu wyjmujemy szczoteczkę, która także zadziwia... 



Po pierwsze jest odrobinkę wygięta, przypominając kształt rzęs. Po drugie ma nieco nierówne wypustki (dłuższe i krótsze), a po trzecie jest elastyczna – czyli wygina się (naprawdę) jest bowiem wykonana (chyba) z gumy (tak mi się przynajmniej wydaje, ale mogę się mylić). Możecie mi wierzyć – taką szczoteczkę widziałam po raz pierwszy i byłam wielce zaintrygowana.

Podczas malowania szczoteczka bardzo ładnie dopasowuje się do kształtu rzęs i rozdzielając je, widocznie wydłuża. Dlatego u mnie efekt jest widoczny po pierwszym użyciu – natura poskąpiła mi wachlarza, którym mogłabym czarować. Ma kolor smoliście czarny, co także jest zauważalne. Nie skleja rzęs i nie pozostawia tych wstrętnych grudek, które zawsze doprowadzają mnie do stanu irytacji. 



Bardzo ładnie rozdziela i unosi rzęsy, wydłużając je i nadając ładny kształt. Nie obsypuje się, ani nie odbija, nawet jeśli pada śnieg. Efekt jest zauważalny, przy czym rzęsy wyglądają naturalnie, a nie sztucznie i nadmiernie oblepione tuszem. Maluje szybko i wygodnie – wystarczy przeciągnąć. Przy kilkakrotnym malowaniu, mocno unosi rzęsy, co pięknie wygląda przy mocniejszym wieczorowym makijażu.

Szczoteczka jest mocno umieszczona w opakowaniu i już przy jej wyjmowaniu widzimy, że nadmiar tuszu sam się usuwa. Nic nie musimy zostawiać specjalnie na brzegu. Jedynym maleńkim problemem jest ponowne włożenie szczoteczki do opakowania. Trzeba się nauczyć – gdyż szczoteczka jest miękka i trzeba odrobinkę nacisnąć aby weszła do opakowania. 



Tusz dobrze się zmywa przy użyciu mleczka do demakijażu, nie rozmazuje się i nie pozostawia smug. To także zaleta, którą warto podkreślić. Używałam kilku typowych preparatów do demakijażu i każdy sobie ładnie poradził z myciem.

Sama jestem naprawdę zadowolona z efektu i trwałości tego tuszu. W tym momencie jest moim ulubieńcem, cenię bowiem szybki efekt i ładne uniesienie. Przy krótkich i niezbyt ładnych rzęsach, naprawdę trzeba się naszukać dobrego tuszu. Ten za taki uważam, dlatego polecam Wam do wypróbowania. Jeżeli zależy Wam na ładnym podkreśleniu, rozdzieleniu i wydłużeniu – na pewno będziecie zadowolone. 



I oczywiście, co jeszcze raz podkreślę – miło wyjąć z kosmetyczki tak śliczne cudeńko, które nie jest tylko ładniutkim gadgetem, ale dobrym jakościowo produktem, którego miło używać. Sama na pewno jeszcze nie raz skuszę się na ten kosmetyk A marka Lambre jest dla mnie synonimem elegancji, dobrej jakości i prawdziwej zmysłowej kobiecości… 
Polecam Waszej uwadze :)

Od producenta:


Czarny tusz podkręcająco-wydłużający LAMBRE zapewni niewiarygodnie długie, z efektem zwiększenia objętości rzęsy i wyrazisty wzrok.
Art of Volume – to dokładne rozdzielenie rzęs i zadziwiający efekt zwielokrotnienia objętości!
Dzięki Art of Volume na zawsze zapomnisz o problemie nieestetycznie wyglądających grudek. Lekka kremowa konsystencja tuszu równo i dokładnie pokrywa każdą rzęsę warstwą jedwabiście gładkiej masy, nie sklejając ich i nie dając uczucia ciężkości. 



Art of Volume – to wspaniałe rzęsy i wyrazisty, przenikliwy wzrok.
Wygodna, silikonowa szczoteczka układająca się w kształt podkręconych rzęs obejmuje i powiększa każdą rzęsę, jedną po drugiej, stwarzając efekt zwielokrotnionej objętości.
Art of Volume – to sztuka tworzenia efektu zwiększenia objętości.
Nowy tusz łatwo się rozprowadza, nie rozmazuje się, nie obsypuje się, nie powoduje reakcji alergicznych i łatwo się zmywa. Dzięki temu codzienny proces tworzenia makijażu staje się przyjemnym rytuałem i drobną kobiecą tajemnicą sukcesu uwodzenia.
WIĘCEJ: LINK




LAMBRE® Groupe International działa na rynku produktów perfumeryjno-kosmetycznych od 1999 roku, proponując szeroki asortyment produktów perfumeryjnych i kosmetyków pod marką LAMBRE®. Produkty firmy nie są sprzedawane w sklepach. Podstawą wciąż poszerzającej się sieci handlowej są konsultanci LAMBRE®.
Zapraszam do zapoznania się z bogatą ofertą: http://pl.lambre.eu/





Znacie już kosmetyki marki Lambre?
A może macie inne ulubione maskary?
Zapraszam do rozmowy…






sobota, 10 listopada 2012

Rimmel Velvet Rock - propozycja na jesień 2012





Witajcie

Dzisiaj chciałam rozpocząć cykl notatek związanych z marką, którą na pewno znacie (co zapewne przyjmiecie z uśmiechem). Mowa o marce Rimmel i nowej serii kosmetyków: Rimmel Velvet Rock, tworzących jesienny look marki, sygnowany twarzą Kate Moss.

Podstawą mojego codziennego makijażu jest zawsze czarna kredka, bez której nie wyobrażam sobie życia. Jest to kosmetyk niezbędny i niezastąpiony. Moje codzienne 'must have'. Marka Rimmel proponuje kredkę Soft Khol nr 061 (black), którą właśnie Wam przedstawiam. Może dla wielu z Was, wybór kredki jest prosty, tym samym wcale nie zastanawiacie się nad jej cechami, sama jednak zawsze szukam kredek, które spełniają moje oczekiwania (a niestety są one wysokie :)).



Moim zdaniem dobra kredka powinna być smoliście czarna, a uwierzcie, bywają kredki czarne tylko z nazwy na opakowaniu. Kredka powinna być też miękka, aby ładnie się nakładała, a dodatkowo pozwalała się rozcierać. Mój codzienny makijaż jest zawsze mocno podkreślony czernią, dlatego tak bardzo zwracam uwagę właśnie na te cechy. Ponadto kredka musi być trwała i nie rozmazywać się samoistnie, tworząc paskudne smugi (które zawsze psują mi nie tylko wizerunek, ale także humor).

Kredka Soft Khol nr 061 z kolekcji Rimmel Velvet Rock, dokładnie spełnia wszystkie te wymagania. Jest niezwykle mięciutka, co pozwala na wykonanie ładnego i szybkiego makijażu za jednym pociągnięciem. Na pewno wiecie, jaką okropnością jest stosowanie kredki, która nie chce malować, albo jest tak twarda, że trzeba przeciągać nią kilkakrotnie po oku, co bywa wręcz bolesne. Tutaj nie ma takiego problemu – kredka jest idealna do wykonania makijażu szybkiego i jednocześnie wyrazistego. 



Dodatkowo ładnie się temperuje, nie ma więc problemu z łamaniem, czy pozostawaniem ostrych brzegów (nienawidzę takich przypadków), tym samym jest delikatna i nic nie drapie nas w oczy podczas malowania. Makijaż jest perfekcyjny, a kolor mocny i intensywny, tak na górnej powiece jak i na wewnętrznych brzegach powiek czy nawet na linii wodnej oka. Ponadto kolor jest trwały, nie rozmazuje się dzięki czemu przez cały dzień wyglądamy dobrze i nie musimy nic poprawiać.

Dla mnie jest to kosmetyk, który warto posiadać. Sama ceniąc wygodę i precyzję, właśnie te cechy wyróżniam szczególnie jako zalety kredki. Makijaż mocny, trwały i jednocześnie szybki, to możliwości jakie daje nam kredka z kolekcji Rimmel Velvet Rock. Sama na pewno będę po nią sięgać, jeszcze wiele razy, znalazłam bowiem ten ideał, który w pełni mnie zadowala.



Drugim kosmetykiem, o którym chciałam opowiedzieć jest Rimmel Gel Eyeliner, czyli tusz do kresek w żelu z wbudowanym pędzelkiem. Jest to pierwszy tego typu eyeliner, który miałam przyjemność poznać. Do tej pory stosowałam tylko wersje mokre z cieniutkimi pędzelkami. Tutaj mamy stałą formę tuszu i nieco grubszy pędzelek, co początkowo troszeczkę mnie przestraszyło. 



Pomyślicie, że nauka używania jest trudna, bowiem i ja byłam takiego samego zdania. Ale uwierzcie, już przy drugiej próbie stwierdziłam, że mogę pokazać się ludziom na oczy, a naprawdę mam dwie lewe rączki i niemal zerowe umiejętności kosmetyczne. Trzeba po prostu spróbować i okazuje się, że tusz nakłada się łatwo i sprawnie, a wykonanie cienkiej lub grubszej kreski zależy od ustawienia pędzelka.

Zastanawiając się, jak to jest możliwe, że tak szybko nauczyłam się posługiwać tym żelem, doszłam do wniosku, że cała tajemnica tkwi w długości pędzelka. Otóż tutaj jest on niezwykle krótki, dlatego kreskę rysuje się niemal identycznie jak przy użyciu kredki. Stąd kreska wychodzi o wiele bardziej precyzyjna, niż przy używaniu cieniutkich i długich pędzelków. Żel ma również bardzo mocny, głęboko czarny kolor, jest więc dla mnie idealny. To kolor, którego szukałam, który bardzo ładnie podkreśla oko, a dodatkowo jest bardzo poręczny i łatwy w użyciu.



Muszę jeszcze wspomnieć o wyglądzie tego ciekawego kosmetyku. Mamy więc niewielki przezroczysty słoiczek, którego smukła czarna nakrętka rozkłada się na etui i pędzelek. Tym samym bardzo zwraca na siebie uwagę, a ponadto jest bardzo wygodny i elegancki. A jak wiecie, mnie osobiście bardzo podobają się takie ciekawe i ładne kosmetyki.

Trwałość żelowego eyelinera nikomu nie sprawi zawodu, u mnie utrzymuje się na powiece przez cały dzień, a to naprawdę ogromna i priorytetowa zaleta. Nie rozciera się i nie rozmazuje, co dodatkowo świadczy o jego dobrej jakości. Jest wodoodporny, dlatego wymaga użycia odpowiedniego mleczka/płynu do demakijażu i przy użyciu takiego, zmywa się szybko i ładnie. 



Jak widzicie, moja ocena kosmetyków do oczu z kolekcji Rimmel jest bardzo pozytywna i naprawdę ogromnie się cieszę, że mam te kosmetyki w swojej kosmetyczce. Zachwyciła mnie ich mocna i głęboka pigmentacja, szybkość z jaką można wykonać precyzyjny i wyrazisty makijaż, a także bardzo dobra trwałość. Używanie takich kosmetyków, to tylko prawdziwa przyjemność.
  

Od producenta:


Kredka Soft Khol nr 061 – kolekcja Rimmel Velvet Rock
Miękka kredka, odporna na rozmazywanie i ścieranie. Daje piękny głęboki kolor. Może być stosowana samodzielnie lub w połączeniu z innymi odcieniami dla uzyskania seksownego efektu smokey eyes. Dostępna w 7 odcieniach.
Cena: ok.16 zł

Rimmel, Gel Eyeliner – tusz do kresek w żelu
Tusz do kresek w formule żelu z intensywnie napigmentowanym kolorem. Nakłada się łatwo za pomocą wbudowanego pędzelka, który pozwala uzyskać delikatną lub wyraźną kreskę. Dzięki wodoodpornej formule pozostaje na miejscu przez cały dzień – nie ściera się ani nie rozmazuje. Delikatna i kremowa konsystencja żelu łatwo rozprowadza się na powiece i pozwala osiągnąć doskonały efekt już za pierwszym pociągnięciem. Intensywnie czarny kolor i brak smug to zasługa wysoko skoncentrowanej formuły intensywnych pigmentów. Dodatkowo, jest on bezpieczny dla osób noszących soczewki kontaktowe oraz dla posiadaczek wrażliwych oczu, gdyż specjalnie pod tym kątem został przebadany okulistycznie.

Kolekcja Rimmel Velvet Rock to wyjątkowo miejski wizerunek, gdzie szlachetny aksamit łączy się z rock’owym buntem w idealną całość. Najnowszy jesienny look marki Rimmel prezentuje jej ambasadorka, Kate Moss.

Wyrównany koloryt cery to podstawa każdego makijażu. Kate Moss ma na sobie podkład Wake Me Up w kolorze 100 Ivory, a także puder prasowany Match perfection w tym samym odcieniu. Partie pod oczami, a także centralna część twarzy rozświetlona została korektorem w pędzelku również z linii Match Perfection. Kości policzkowe subtelnie wymodelowane bronzerem Match Perfection 001 w naturalnym odcieniu.



Makijaż oczu należy rozpocząć od aplikacji cieni z palety Glam Eyes Trio 624 Lunx. Największy cień z zestawu w odcieniu przybrudzonego różu i śliwki nakładamy na górną powiekę omijając wewnętrzny kącik oka. Ten z kolei rozświetlamy białym cieniem i łączymy z nałożonym wcześniej różem. Roztarcie sprawi, że kolory nie będą mocno kontrastować, a łagodnie przechodzić jeden w drugi. Najciemniejszy brązowy cień służy w tym makijażu do zaznaczenie górnej i dolnej linii rzęs. Rozcierając brąz dobrze jest „wyciągnąć” zewnętrzny kącik oka. Żelowym eyelinerem Glam’Eyes w kolorze czarnym warto wzmocnić linię rzęs. Dołączony do eylinera pędzelek bardzo ułatwia zadanie. 



Wewnętrzną linię rzęs najlepiej umalować czarną kredką 061 Jet Black. Spojrzenie zostaje podkreślone czarną maskarą ScandalEyes Show Off, która doskonale pogrubia, wydłuża i podkręca rzęsy.
Aksamitne wykończenia pomadek potrzebują odpowiedniego przygotowania ust. Wybierając intensywne odcienie szminek dobrze jest nakładać je warstwami przy pomocy pędzelka. W ten sposób otrzymamy idealny kształt i pożądane nasycenie koloru. Dla większej trwałości można umalowane usta odcisnąć w chusteczkę, przypudrować i ponownie nałożyć kolor, w tym przypadku Lasting Finish by Kate Moss 102.

Cielisty opalizujący kolor lakieru do  paznokci 60 Seconds nr 500 Caramel Cupcake będzie świetnym dopełnieniem, a nie konkurencją  makijażu i całej stylizacji.



O pozostałych kosmetykach z kolekcji Rimmel Velvet Rock w następnych notatkach. Mam nadzieję, że jesteście zaciekawione…
Tymczasem odsyłam Was na stronę polskiego przedstawiciela marki http://www.coty.pl/


I jak się Wam podoba jesienna kolekcja Rimmel Velvet Rock?
A może macie już coś z tej kolekcji w swoich kosmetyczkach?
Zapraszam do rozmowy…


wtorek, 6 listopada 2012

Cienie wypiekane w stylu Stone Cosmetics




Witajcie

Pisałam już o wielu różnych kosmetykach, nie miałam jeszcze okazji przedstawiać kosmetyków kolorowych do makijażu. Dzisiaj właśnie chciałam ten błąd naprawić i przedstawić Wam cienie wypiekane Baked eyeshadow Stone Cosmetics.

Marka urzekła mnie kilkoma cechami, które od razu pragnę podkreślić. Po pierwsze „image” opakowań przemawia do mnie całą swoją mocą. Białe pudełeczka z pięknym logo w kolorze starego złota – dla mnie są niesamowicie pociągające. Wyglądają elegancko, a zarazem na tyle innowacyjnie, że nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. A jak doskonale wiecie, zwracam na to uwagę szczególną, czego wcale się nie wypieram. I lubię ten szczególny czar ładnych opakowań.



Dzisiaj chciałam Wam przedstawić cienie wypiekane Stone Cosmetics w wersji Smoky Eyes oraz Old Gold. Wybrałam te palety ponieważ nieustannie jestem zakochana w złocie i brązach i te kolory zawsze mnie pociągają i urzekają. I tak naprawdę otaczam się głównie taką paletą barw, bardzo rzadko eksperymentując i zazwyczaj będąc niezadowolona z efektu. 



Jak widzicie tutaj znaleźć możemy kilka odcieni brązu i złota plus szarości potrzebne do wykonania typowego dymnego makijażu. Dla mnie kolory ciepłe i odpowiednio nasycone, takie które ładne komponują się z tęczówką mojego oka, która niestety barwą nie zachwyca, będąc odmianą złotego bursztynu (jeśli mam dobry humor) lub gliniastego błota (jeśli znowu trapią mnie smutki).  



Paletki są niezwykłe nie tylko ze względu na wygląd opakowania, ale również ze względu na same cienie. Mimo iż bardzo chciałam Wam pokazać ten efekt na zdjęciach, nie bardzo można to dostrzec – cienie delikatnie mienią się w słońcu, co dodaje ich pigmentacji głębi, a zarazem świetlistego blasku. Wyglądają pięknie, a zarazem dyskretnie i elegancko. 



Drobinki są maleńkie, a przez ten cudowny efekt mamy do czynienia z kolorami niezwykle świetlistymi, które dla mnie zawsze były i są najpiękniejsze. Same w sobie mają moc otwierania oka, a dla mnie jest to również ważne. Nie jest to jednak wyrazistość brokatu, która nie zawsze mi odpowiada, ale pięknie skomponowana mieszanka drobinek delikatnych ale w konsekwencji zdecydowanie wyrazistych.   



Dodatkową zaletą jest sam kolor, który na powiece wygląda identycznie tak samo, jak w paletce. Taki efekt, jest bardzo rzadko spotykany, tutaj jednak nie ma mowy o przekłamaniu koloru. Oczywiście, tak jak widzicie, nieco inna barwa na zdjęciach nie jest wynikiem przeróbki, tak bowiem reagują cienie na światło i cień, czego przecież nie muszę tłumaczyć.



Cieniami wypiekanymi Stone Cosmetics można wykonać każdy rodzaj makijażu – i delikatny codzienny i ten mocny, zdecydowany, wieczorowy. Cienie pięknie rozprowadzają się na powiece, ładnie przylegają, nie kruszą się i nie osypują. Na makijaż dzienny wystarczy lekkie pociągnięcie, a kolor mocny daje albo aplikacja na mokro lub mocniejsze pociągnięcie w kilku warstwach.

Początkowo byłam bardzo zaskoczona mocnym kolorem jaki można uzyskać przy ich pomocy, co tylko zdecydowało, że jeszcze bardziej przypadły mi do gustu. Barwy są zdecydowane i piękne, a makijaż niezwykle trwały. Tym samym cienie są bardzo wydajne, co również jest ich wielką zaletą. 



Mam nadzieję, że po tym opisie zainteresowałam Was chociażby odrobinkę tą marką, którą sama odkrywam z wielką i niekłamaną przyjemnością. Jak każda kobieta lubię kosmetyki, które do mnie przemawiają, a te zdecydowanie mnie kuszą i dodatkowo spełniają moje oczekiwania. Jestem z nich ogromnie zadowolona i każdego dnia sięgam po paletkę z wielką przyjemnością. 



Polecam Wam markę Stone Cosmetics, która ma naprawdę ciekawe produkty, w dobrej cenie i bardzo dobrej jakości. Dla mnie to kosmetyki bardzo ciekawe, a dodatkowo niezwykle intrygujące kolorystyką i wyglądem opakowań.

Od producenta:

STONE COSMETICS to połączenie francuskiej jakości, włoskiego stylu i polskich cen.
Kosmetyki są specjalnie opracowane i zaprojektowane dla kobiety nowoczesnej, świadomej swojego stylu, szukającej kosmetyków podążających za bieżącymi światowymi trendami.



Dzięki innowacyjnemu procesowi wypiekania, cienie te nie kruszą się i idealnie rozprowadzają.
Cienie można stosować zarówno na sucho jak i na mokro co pozwala uzyskać trwalszy makijaż oraz wyraźniejszy efekt.



Cienie STONE COSMETICS Baked eyeshadow to zestaw czterech idealnie skomponowanych odcieni zamkniętych w poręcznym i estetycznym opakowaniu. Aplikację ułatwia dołączony dwustronny aplikator.



Zainteresowanych zapraszam na stronę producenta: http://www.stonecosmetics.pl/

Znacie już markę Stone Cosmetics?
Jakie są Wasze ulubione cienie?
Zapraszam do rozmowy...

wtorek, 11 września 2012

Cienie mineralne Jane Iredale - cena luksusu



 

Witajcie



Dzisiaj miała być notka o kolejnym produkcie APC Cosmetics (recenzja), przepraszam tych, którzy czekają – na pewno pojawi się jutro. Plany zmieniłam pod wpływem Waszych komentarzy, w których bardzo wiele osób było zdania, że cienie sypkie APC Cosmetics są drogie (recenzja).
Moim skromnym zdaniem, jak na cienie sypkie i to certyfikowane jakością eco, cena jest przystępna. Chcąc udowodnić swoją tezę, przedstawię Wam dla porównania inny produkt, a mianowicie cienie mineralne Jane Iredale.

 

Od razu muszę zaznaczyć, że cienie te otrzymałam już ładnych parę miesięcy temu w ramach testów konsumenckich pod patronatem portalu Uroda i Zdrowie. Umieszczam tę notatkę celowo – dlaczego? Po pierwsze tekst poniższej recenzji był już publikowany, więc może być Wam znany (fotki są dzisiejsze, jeszcze ciepłe :). Po drugie, na końcu tego tekstu, dowiecie się, na pewno…

  Cienie mineralne Jane Iredale – opinia

 

Czy wiecie kiedy kobieta jest szczęśliwa? Kiedy dostaje prezent. Albo nowy kosmetyk. A jeśli dostaje jedno i drugie razem? Wówczas szczęście podniesione jest do kwadratu.

 

I tak właśnie można określić cienie do powiek Jane Iredale – radością do potęgi.
Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na opakowanie – śliczne, lśniące, z małym okienkiem, uchylającym rąbka tajemnicy, na temat zawartości. I dodatkowo w barwie zgaszonego złota, jako synonim prawdziwego luksusu. Nie potrzeba dodatkowych pudełeczek, kokardek, bzdurek. Kunszt opakowania, nie potrzebuje dekoracji. Jest idealne. Kuszące. I piękne.
Uchylamy wieczko…

I oto trzymamy w dłoni paletę cieni. W moim przypadku – Nighttime, czyli kolory wieczorowe. Patrząc, widzimy bardzo elegancko dobrany zestaw barw, począwszy od subtelnego beżu, poprzez trzy odcienie ziemi, na oliwce kończąc, chociaż ułożone w innej kolejności. I już w tym momencie możemy zanucić pod nosem, lub na głos, jeśli ktoś ma talenty wokalne, słowa znanej piosenki: I chodź pomaluj mój świat… 



Bierzemy w dłoń pędzelek, z drewnianą rączką i włosiem delikatnym jak gołębi puch i nakładamy na powieki. Kolor jest intensywny, nieprzekłamany, idealnie przywiera do oka. Nie usypuje się, nie wałkuje, nie oblepia powieki. Po kilku pociągnięciach pędzelka widzimy w lustereczku już tylko błysk zadowolenia.

Po całym dniu makijaż pozostaje bez zastrzeżeń. Nie zmazuje się, nie rozciera – pozostaje idealny. Niestety trzeba go zmyć, co też nie sprawia kłopotu. Zmywa się lekko i szybko, kilkoma pociągnięciami wacika z tonikiem lub mleczkiem.



Pozostaje nam jednak radość, że oto jutro, ponownie będziemy mogły pomalować swój świat i zmienić image na drapieżną lub subtelną kobietkę – jak kto lubi.
Czy polecam produkt? Sama jestem nim zachwycona i uważam, że dopiero ten kosmetyk pokazał mi jak cudownie być barwną kobietą. A sama przyjemność użytkowania nie ma sobie równych. Matematyka natomiast nie znalazła jeszcze wykładnika potęgi ideału…




Od producenta:


Zestaw pięciu cieni do powiek w kolorach wieczorowych. Jest to zestawienie uniwersalnych cieni z czarującymi drobinkami - odcienie idealne do uzyskania wyjątkowego, magicznego wyglądu oczu. W skład zestawu wchodzą cienie: Kiss, Supernova, Khaki, Dusk oraz Merlot.

Składniki: Mica (CI 77019), Boron Nitride, Dimethicone, Pinus Strobus (Pine) Bark Extract,Punica Granatum (Pomegranate) Extract. Mogą zawierać: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77489, CI 77491, CI 77492, CI 77499), Carmine (CI 75470), Manganese Violet (CI 77742), Ultramarines (CI 77007), Chromium Oxide Greens (CI 77288).



Azotek boru (Boron Nitride): doskonałe właściwości przylegające, poślizg, rozproszenie światła.
Ekstrakt z kory sosny (Pine Bark Extract): łagodzi stany zapalne, chroni.



Recenzja brzmi bosko, produkt wygląda wspaniale, chociaż muszę przyznać, że zdjęcia robiłam na szybko, bladym świtem, w momencie kiedy rosa zdobiła jeszcze bujną roślinność w ogrodach. Mam nadzieję, że nie pogniewacie się za mało przemyślaną sesję zdjęciową. Starałam się pokazać zachowanie cieni w różnym świetle – sami widzicie, że wyglądają zupełnie inaczej.

I teraz, to na co czekacie, cena. Wyobraźcie sobie, że to cudo kosztuje, uwaga (polecam siedzieć i nic nie jeść, dla własnego dobra :)): 210 zł.

I tym akcentem zakończę…





Teraz podyskutujmy o cenach...
Zapraszam, chyba jestem kontrowersyjna :)

poniedziałek, 10 września 2012

Cień sypki APC Cosmetics - słoneczny blask





Witam cieplutko :)

Dzisiaj pogoda rozpieszcza mnie od samiutkiego rana, słoneczko pięknie się uśmiecha i człowiekowi aż raźniej się robi na duszy. Kocham słoneczko, ponad wszystko na świecie, więc dzisiaj będzie słonecznie...

Mam zamiar opowiedzieć o dwóch kosmetykach polskiej marki APC Cosmetics. Ale dzisiaj będzie tylko o jednym, bowiem mam za dużo zdjęć, a oprócz pokazywania muszę też przecież opatrzyć je literkami. Dlatego zacznę od cienia sypkiego oznaczonego nr 37 i nazywanego wdzięcznie 'kawa z mlekiem'. Patrząc na kolor mam jednak wrażenie, że jest to taka kawusia z podwójnym mlekiem, albo nawet podwójną śmietanką. Ale nie doczepiając etykietek do nazw, które tak naprawdę są bardzo adekwatne do produktów przejdę do opisu.

 

Cień sypki APC Cosmetics - moja opinia 




Jest to cień sypki z drobinkami złota, którego refleksy nadają makijażowi efekt słonecznego blasku. Kolor ten jest bardzo trudno pokazać na zdjęciu, ale liczę na Waszą wyobraźnię. Dodatkowo kolor zależy od kąta padania światła, jego natężenia, a także barwy. Jednym słowem jest to cień, który może błyszczeć, połyskiwać lub tylko delikatnie rozświetlać oko. Wybrałam go właśnie dzisiaj do opisu, należy bowiem do cieni, które idealnie nadają się do makijażu letniego (lekkiego, świecącego, delikatnego), a dzisiaj jest właśnie tak letnio i cudownie. Natomiast jesienią mam zamiar używać go do dopełnienia makijażu, jako drugi cień położony delikatnie i wysoko, dla otwarcia oka i wzbogacenia efektu świetlistości.



Cień zamknięty jest w ślicznym, maleńkim pudełeczku akrylowym z czarną nakrętką. Wygląda niesamowicie elegancko i ślicznie. Uroku dodaje mu rozmiar – jest to puzderko o rozmiarach 3x3 cm, czyli takie maleńkie, figlarne cudeńko. Czarna nakrętka ze złotym logo wieńczy to dzieło, które jest prawdziwą rozkoszą dla moje oka. Sam cień ma postać drobnego, bardzo drobnego pyłu. Jest to typowy sypki cień, który trzeba umieć nakładać. Po pierwsze zawsze odrobinę się rozsypuje po pudełeczku, a po drugie wymaga dużej precyzji i zręczności. Sama używałam tego cienia dość często, a jak widzicie – niewiele go ubyło. Jest zatem niesamowicie wydajny i przez to można się cieszyć jego urokiem bardzo długo.



Trwałość cieni położonych na sypko jest średnia. Położonych na mokro – duża, natomiast na bazie – doskonała. Czyli same zalety, jeśli oczywiście lubicie tego typu cienie. Sama musiałam nauczyć się je stosować i teraz nie mam z tym już żadnego problemu, ale początki były ciężkie. Najbardziej lubię makijaż na bazie, jest bowiem szybki i nie mam problemu z dobrym nałożeniem odpowiedniej ilości cieni – nie lubię bowiem grudek czy wałeczków, które często się tworzą przy nieumiejętnym nałożeniu tego typu cieni (innych zresztą też :)). 



Jednym słowem jest to bardzo dobrej jakości cień, który może się podobać zarówno postawiony na półeczce w opakowaniu, a także na oku. Spełnia swoje zadanie rozświetlania oka, pięknie dopełnia moje brązowo-złote tęczówki, a zarazem optycznie je powiększa (co mnie cieszy ogromnie). Jestem nim zachwycona, zwłaszcza jeśli złocista poświata odbijana jest przez promienie słońca. Kolor jest uniwersalny i chociaż sama preferuję głębokie brązy i czekolady oraz stare złoto, ten odcień bardzo ładnie wygląda przy opalonej twarzy lub w duecie z innym odcieniem brązu. 
 
Producent niewiele mówi na temat swoich kosmetyków, ale podkreśla wyraźnie i stanowczo, że: korzystają z barwników wyprodukowanych w najnowocześniejszych technologiach, więc odcień, intensywność oraz połysk cieni są bardzo złożone, ciekawe i urozmaicone. Generalnie są to cienie mocno połyskujące i często opalizujące (zmieniające kolor pod wpływem kąta padania światła). Tylko czarny – numer 20 jest matowy. Cienie nie zawierają talku, konserwantów i środków zapachowych. Firma produkuje cienie w 60 kolorach.
Cena w opakowaniu akrylowym (5 g): 15,50 zł.




I jak się Wam podoba taki słoneczny, delikatny cień?
Lubicie tego typy kosmetyki?
Zapraszam do rozmowy… :)


W kolejnej odsłonie pokażę Wam puder sypki APC Cosmetics w równie pięknym, ale nieco większym opakowaniu :)